27 grudnia 2013

I

Chcę.
Chcieć to za mało, mówi, a ja wiem, że ma rację, ale zaprzeczam szybkim ruchem głowy. Mylisz się; sama się okłamuję, czuję chłód na ramionach, kiedy wymija mnie i kieruje się do wyjścia.
I znowu chcę: żeby został
(ale nie mówię)
żeby było tak, jak dawniej
(ale nie mówię)
żeby kochał
(ale nie mówię).
                 Odejdź, mówią usta, zostań, wrzeszczą oczy. Ale nie patrzy, ja wiem, ale nie mogę przestać myśleć, że to ja nie pokazuję tego wystarczająco. Dlaczego nie mogę wstać? Jakbym scaliła się z tym krzesłem. Jakby było częścią mnie, ale to nie jest prawda, bo całą mnie wziął on. I przeżuł. I wypluł. Wyrzucił, ale nie przeszkadza mi to. Każdy oddech ściska moje gardło, ale chcę więcej. I znowu chcę: wszystkiego. Jestem zachłanna, nigdy nie widzę przeszkód, by żyć. Nie widzę, bo są we mnie, niematerialne, ciche, bolesne. Błagam go, by został, nic nie mówię, patrzę, jak odchodzi.
                I patrzę. I patrzę. Aż czuję gorące łzy na policzkach, zdają się być krwią. Nie umiem wyrazić uczuć, więc się nimi dławię. Wymiotuję żalem. Jestem zgubiona w mojej ciszy, bez niego, bez nikogo. Znowu. Ludzie mnie otaczają. Patrzą na mnie. Mówią do mnie. Chcą różnych rzeczy, ale nie osiągną tego poziomu pragnienia, co ja. Człowiek umiera bez powietrza. Umrę? Czy był moim powietrzem?
                Boże, jak ja mam myśleć? Idę, wprost na wprost. Mijam ludzi, znajome miejsca, mijam własne wspomnienia. Chcę dobrego snu, chwilowej ulgi, która będzie z nim płynąć. Błagam go, by odszedł, tak mówią słowa. Dusza pragnie, by został.
                Jestem zachłanna. Chciwa. Samolubna. Tego we mnie nienawidził? Co kochał - nie mówił. Ale był i to mi wystarczyło. Teraz tego nie mam.
                Umrę? Czy był moim powietrzem? Człowiek umiera bez powietrza. Może więc chcę, by nim był. Powietrzem. Warunkiem życia. Boję się, ale to nie przeszkoda. Blokada jest we mnie. Nie mogę przełknąć śliny, mam ściśnięte gardło. Chcę, znowu chcę: odejść, nie czuć, nie patrzeć, jak odchodzi. Nie mam sił, nienawidzę się, brzydzę własnym ciałem.
                W bieli jest czerń, ciemność razi moje oczy. Niemo cierpię, ale nie wiem, jak to pokazać. Zamieram z krzykiem na ustach. Krążę jak ślepiec, wpadam na innych, nie mam laski ani przewodnika. Nie znają mnie, bluzgają, nie wiedzą, że jestem ślepa, żałują, że mnie spotkali. Znikam z pola widzenia, ale nie ze wspomnień.
                Dziwne, bo nie chcę: budzić się każdego ranka, patrzeć, myśleć. Ale chcę żyć. Bez niego. Choć samotnie, to z możliwością bycia szczęśliwą. Niech odejdzie, mówią słowa, niech zniknie raz na zawsze. Mózg przytakuje, ale serce szlocha i dławi się własnymi łzami; jest za słabe, nie ma już woli walki. NIECH ODEJDZIE. Nie potrzebuję go. Podłączcie mnie do respiratora. Dajcie sztuczne życie. Każde lepsze niż to z nim.     

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz